piątek, 27 lipca 2012

Gold to Chrome

{Raymond Loewy}

Jaki prawdziwy cytat! Jednak autor chyba trochę nie docenił słabości kobiet do błyskotek we wnętrzach... :)

Bardzo mi się podobają srebrno-lustrzane meble, bez względu na to czy jest to komódka, konsolka czy krzesło. Zazwyczaj tak dekorowane meble są jednak dość kosztowne.

Niewiele jest jednak rzeczy ciekawych i nawet kosztownych, których Pomysłowe Panie Domu i Wnętrzarskie DIY Bloggerki nie byłyby w stanie uzyskać za pół-darmo, siłą własnych pomysłów i rąk.
To mi się podoba jeszcze bardziej. Kilka przykładów poniżej...






Niektórzy stosują metodę nakładania srebrnych płatków. Jest ona jednak dość pracochłonna i w naszych warunkach niezbyt dostępna. A także kosztowna. Chociaż efekt daje wykwintny bez dwóch zdań.
Mimo to, można szybciej i taniej... a więc...


Szybka akcja.


Kilka lat temu odziedziczone po Mamie czarne, solidne, drewniane stoliki obróciły się w złoto, bo tak mi wtedy pasowało. Wtedy też praca była żmudna, wymagała pędzla i kilku dni schnięcia farby.
Kilka dni temu natomiast stwierdziłam, że jednak srebro, nie złoto. A w zasadzie nie srebro, a chrom.

Szybko kupiłam dużą puszkę farby w sprayu (26 złotych).
I szybko zabrałam się za malowanie, korzystając ze sprzyjających warunków atmosferycznych (1 fragment popołudnia spędzonego na ogródku = 1 stolik).



Ostateczny efekt pokażę, jak tylko uporam się z trzecim stolikiem. Zapraszam po weekendzie!


Ta da!





czwartek, 26 lipca 2012

Just Apple Pie



Good apple pies are a considerable part of our domestic happiness
{Jane Austen}


Wśród takiej mnogości słodyczy i wypieków, wyrafinowanych połączeń smaków, majstersztyków konsystencji, eklektycznych zestawień, pierwsze miejsce jak dla mnie zajmuje... szarlotka


Aż trudno opisać jej fenomen. Ten fenomen się po prostu smakuje. A ten smak koi serce.

Czy to dlatego klasyczna szarlotka znajduje się w kartach deserów większości restauracji?
Czy to dlatego stoi na czołowym miejscu amerykańskiej (i myślę, że nie tylko...) listy comfort food?

Przepisy na nią możemy znaleźć zapewne pod każdą szerokością geograficzną (co na to Amerykanie uznający szarlotkę ze swój wypiek narodowy?). Ja skorzystałam z odziedziczonej po Mamie książki "Specjalności Kuchni Polskiej" (aż dziw że dotąd w związku z jej publikacją nie wybuchł żaden konflikt polsko-amerykański). Książka ta, to niezawodny przewodnik po klasykach, uczyła mnie, gdy o blogach kulinarnych mało kto słyszał. Szarlotki pieczone według jej przepisów (a jest ich 3) są kruche, aromatyczne i bardzo słodkie. Czyli dokładnie takie, jakie powinny być.


A wracając do Ameryki, moim zdaniem polskie, kwaskowe ogrodowe jabłka są w szarlotce o niebo lepsze od Granny Smith czy nawet Golden Delicious... ale bez urazy oczywiście. :)

Na domową szarlotkę kuchnio-polską lekko zmodyfikowaną:

350g mąki pszennej
2 pełne łyżeczki proszku do pieczenia
130g zimnego masła
120g cukru pudru
1 jajko + 2 żółtka
2 szczypty soli
aromat waniliowy

około kilograma (użyłam 8 średniej wielkości sztuk) twardych, kwaskowych jabłek
100g cukru
łyżeczka bułki tartej
1 opakowanie cukru waniliowego

oraz 1 roztrzepane jajko do posmarowania, cukier puder do posypania.



Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, cukrem pudrem i solą. Do zagłębienia w mące dodać jajko, żółtka, masło i aromat. Wszystko razem sprawnie zagnieść, podzielić na 2 części (jedna może być nieco większa), zawinąć w folię spożywczą i odłożyć do lodówki na godzinę, albo dłużej.

Jabłka obrać i zetrzeć na tarce (największe oczka). Wymieszać z cukrem, bułką tartą i cukrem waniliowym.

Okrągłą, średniej wielkości blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia. Większą część ciasta rozwałkować i wylepić nim dno oraz boki blachy do wysokości minimum 2 cm. Ciasto ponakłuwać widelcem, posmarować rozkłóconym jajkiem i podpiec w piekarniku rozgrzanym do 200°C, aż będzie lekko złote (12-15 minut). Wyjąć i wypełnić jabłkami. Rozwałkować drugą część ciasta i przykryć jabłka, solidnie dociskając brzegi. Posmarować resztą jajka. Zmniejszyć temperaturę piekarnika do 180°C i piec, aż wierzch będzie złotobrązowy (ok.30 minut).

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.


środa, 25 lipca 2012

Risotto z małżami




Kids today want to eat their risotto with curry and shrimp and sour cream, not risotto alla Milanese, like they should, in my opinion.
{Mario Batalli}



Jest to co prawda nieco zmodyfikowana wersja Milanese (bez szafranu, ale za to z małżami oraz aromatem trufli), jednak równie smaczna! No i raczej dla dorosłych - jeśli weźmiemy pod uwagę ilość wina.




Składniki (na 4 porcje)


300g ryżu do risotto (ja użyłam carnaroli, aromatyzowanego truflami, ale może być oczywiście arborio)
300g małży, obranych, gotowanych
2 małe cebule
2 ząbki czosnku
700ml bulionu z kurczaka
szklanka białego wytrawnego wina (albo więcej jak ktoś lubi...)
4 łyżki masła
2 łyżki oliwy z oliwek
pół szklanki tartego sera Grana Padano
sól morska
pieprz



W głębokiej patelni podgrzewamy łyżkę oliwy i łyżkę masła. Szklimy drobno pokrojone cebule i zgniecione ząbki czosnku. Dodajemy małże i dusimy wszystko kilka minut. Odkładamy na talerz. Wycieramy patelnię i ponownie rozgrzewamy na niej łyżkę oliwy i łyżkę masła. Wsypujemy suchy ryż i prażymy 2-3 minuty, a następnie dodajemy wino i czekamy, aż ryż wchłonie cały płyn.
Kolejny etap to stopniowe dodawanie bulionu do ryżu. Ja dodawałam po 1 łyżce wazowej i czekałam aż płyn zostanie wchłonięty. Powtarzamy czynność, aż zużyjemy cały bulion. Na koniec dodajemy do risotto 2 łyżki masła oraz małże. Mieszamy i doprawiamy solą, pieprzem według uznania.
Podajemy posypane serem.

I z pozostałym, schłodzonym winem...



poniedziałek, 23 lipca 2012

Na balkonie

Balkon
prowadzi
życie
całkiem
domowe

Ale jednak
trochę
oderwane
od ziemi

{Adam Ziemianin}





I jeszcze malutkie DIY przy shake'u bananowo-karmelowym. Włóczkowe pompony do kocyków ogródkowych. Tworzenie takich pomponów to proste i relaksujące zajęcie. Mocowanie do narożników koca na 'dziurkę i supełek', zabezpieczone nitką. I w ten sposób kocyk miły, lecz nijaki zmienia się w kocyk trochę bardziej 'jakiś'.

A jeśli ktoś wpadłby w mały nałóg tworzenia pomponów, może sie pokusić o TAKĄ poduszkę. Mi się bardzo podoba.

piątek, 20 lipca 2012

Suplement diety (gdy słońca brak)



Enjoy the little things, for one day you may look back and realize they were the big things.
{Robert Brault}
 
 

 Post o niczym i o wszystkim. Czyli o podarunkach od serca i małych przyjemnościach

Lata nie ma, słońca brak, nowe leżaki pięknie się prezentują w piwnicy :), stroje plażowe zasnęły w szafie, maszyna do lodów zahibernowana w zamrażarce... Co robić, gdy naturalne zalety lata nie dokarmiają dobrego nastroju, a 'Polacy mają depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca przez 7 miesięcy w roku', a nawet dłużej i 'tylko zimno i pada zimno i pada na to miejsce w środku Europy '?

Można na przykład liczyć na Męża, który przywita po pracy cudnym pudełkiem pralinek (zwłaszcza te usta, przpyszne!, o smaku marakuji). A późnej jeszcze ulec oszałamiającemu zapachowi granatu i kupić portugalskie mydełko (na razie do wąchania, nie wiem, kiedy je rozpakuję...).

Proste prawda?

Miłe gesty, drobne przyjemności, egzotyczne aromaty. Najlepszy suplement codziennej diety.


Miłego dnia!


wtorek, 17 lipca 2012

Malowane poszewki (a lata wciąż nie ma)





Ponieważ ze względu na kapryśną i wciąż nieletnią pogodę kilka moich DIY projektów związanych z spray'owaniem i użyciem papieru ściernego (outdoor activities) zostało bezterminowo odłożonych, postanowiłam zająć się czymś, co można wykonać w domu.
Pomyślałam, że poduszki do nowych leżaków to dobry pomysł. Podpatrzyłam pomysł u Wioli, zresztą i pomysł i moją obietnicę wykonania ich znaleźć można tu.

Nie wywiązałam się do końca z obietnicy, bo za namową Męża obie poduszki otrzymały ten sam wzór. Dodałam od siebie numery, a co tam - niech będzie choć mała różnica i możliwość rezerwacji... Jeden wieczór i gotowe.

Wykorzystałam naturalne, bawełaniane poszewki o grubym splocie (za całe 6,95 za sztukę!). Chociaż malowanie na takiej fakturze nie poszło tak zupełnie łatwo i szybko. 


Problem tylko w tym, że nie wiem, kiedy miałyby one spełnić swą funkcję ogródkową, skoro ciągle pada. Dlatego póki co zostaną zaprezentowane w innych okolicznościach.



niedziela, 15 lipca 2012

Taka inna panna cotta (& bloody rain, go away)





Nature has no mercy at all.  Nature says, "I'm going to snow.  If you have on a bikini and no snowshoes, that's tough.  I am going to snow anyway."
{Maya Angelou}



No i piękną mamy jesień tego lata! Ja tu z leżakiem i nowym monokini, a weekend raczy nas szarością, zimnem i deszczem.
Miałam też ochotę na klasyczną panna cottę, ale warunki atmosferyczne jakoś odebrały mi chęć kulinarnych szaleństw. Ale żeby jednak było miło i żeby nie było, że poddałam się bez walki, powstał mały deser z pogranicza zimnego sernika, panna cotty i semifreddo. 
W dodatku błyskawiczny w przygotowaniu.


Na 7 porcji (filiżanek):

70g ciasteczek petit beurre
2 łyżki stopionego masła
250g mascarpone
1 duży kubek jogurtu greckiego
1 opakowanie galaretki truskawkowej
250g mrożonych owoców leśnych (jeżyny, jagody, porzeczki, żurawina)
2 łyżeczki cukru waniliowego



Galaretkę rozpuszczamy w 200 ml gorącej wody. Ciasteczka blendujemy na piasek i mieszamy z masłem. Jogurt miksujemy z serkiem mascarpone, cukrem waniliowym i galaretką. Dodajemy mrożone owoce. Filiżanki wypełniamy masą jogurtową. Wierzch posypujemy masą ciasteczkową, dociskamy. Przykrywamy folią spożywczą.

Chłodzimy w lodówce minimum 4 godziny, a najlepiej całą noc. Podajemy w filiżankach, lub delikatnie odwracamy i wykładamy na talerzyki.

* Przed podaniem możemy na 45 minut przełożyć z lodówki do zamrażarki. 


Na szczęście w kuchni można sobie wykreować lato w dowolnej chwili. A słońce zapewne wyjdzie w poniedziałek...




poniedziałek, 9 lipca 2012

Home Bistro



Bistro cooking is good, traditional food, earnestly made and honestly displayed. It is earthy, provincial, or bourgeois; as befits that kind of food, it is served in ample portions.
{David Liederman, New York restaurateur}


 

Bistro. Dobra kawa i dobre jedzenie. Nie bar mleczny, nie kawiarnia i nie restauracja. 
A jednocześnie wszystko po trochu. I brak takich lokali w naszej szerokości geograficznej. 
Bo wszystko musi być albo cafe albo restaurant. Wielka szkoda, bo mogłoby być pysznie w takich swojskich, niezobowiązujących miejscach.

Dziś zatem śniadaniowy klimat bistro w domu. 

Espresso (no ja 'skażone', au lait...).

I naleśniki z miodem. Moje ulubione. Przepisu nie podaję, bo przecież z jednej receptury 10 osobom wyjdzie 10 różnych, a i tak każdy ma chyba swój sposób  :) Taki to już naleśnikowy urok. Jedno jest pewne - dodanie niewielkiej ilości klarowanego masła do ciasta, wzbogaca smak o mnóstwo procent (kto wie o ile?).


czwartek, 5 lipca 2012

All the trophies!


Be it jewel or toy, not the prize gives the joy, but the striving to win the prize.
{Edward G. Bulwer-Lytton}



No i w końcu, zgodnie z obietnicą, foto-podziękowanie dla Agnieszki z "Z potrzeby chwili..." i prezentacja mojej wygranej w Candy. Paterka doskonale opakowana trafiła cała i zdrowa w moje ręce, uszczęśliwiając mnie bardzo.
Potwierdza ona też fakt, że warto brać udział w konkursach, bo radość z wygranej jest zupełnie inna od innych codziennych radości. Fajna po prostu.



A na koniec chwalę się nowym termosem, który najwyraźniej miał być mój... Dwa tygodnie temu zakochałam się w nim, ale nie zdecydowałam zabrać do domu. Jakaś Pani złapała go wraz z kartonowym mieszkankiem i tyle ich widziałam. Tydzień później będąc w sklepie - mimo przeświadczenia, że zapewne służy już dumnie Tamtej Pani - wypatrywałam go na letniej ekspozycji wśród innych klasycznych stalowych przyjaciół, ale go nie było. 
Nadzieja ponoć umiera ostatnia, dlatego wczoraj spróbowałam jeszcze raz - karton po kartonie na ekspozycji letniej. Nic. Z ociąganiem objęłam stalowy, klasyczny dzbanek, bo termos jednak był potrzebny.
Ale ponieważ miłość bywa silniejsza niż rozsądek, skierowałam swe kroki między półki z innym asortymentem. Tak dla ostatecznej pewności. I co?
Na dolnej półce, nie rzucając się w oczy, w otwartym kartoniku stał ukryty między innymi akcesoriami ON.
A może ONA, bo to termos Eva Solo o najładniejszej linii, jaką widziałam :)

środa, 4 lipca 2012

Zielono mi.


O zieleni można nieskończenie.

Powielając dźwiękiem jej znaczenie,
Można kunsztem udatnych powieleń
Tworzyć światu coraz nowszą zieleń.
Nie dość słowo z widzenia znać. Trzeba
Wiedzieć, jaka wydała je gleba,
Jak zalęgło się, jak rosło, pęczniało,
Nie - jak dźwięczy, ale jak dźwięczniało,
Nie - jak brzmi, ale jakim nabrzmieniem
Dojrzewało, zanim się imieniem,
Czyli nazwą, wyrazem, rozpękło.
W dziejach wzrostu słowa - jego piękno.

{Julian Tuwim}

Green is a color, the perception of which is evoked by light having a spectrum dominated by energy
with a wavelength of roughly 520–570 nanometers. In the subtractive color system, it is not
a primary color, but is created out of a mixture of yellow and blue, or yellow and cyan;
it is considered one of the additive primary colors. On the HSV color wheel, also known as the RGB
color wheel, the complement of green is magenta; that is, a purple color corresponding to an equal
mixture of red and blue light. On a color wheel based on traditional color theory (RYB),
the complementary color to green is considered to be red.


The word green comes from the Old English word grēne, earlier grœni. It is from a
Common Germanic *gronja-, which is also reflected in Old Norse grænn, Old High German gruoni
(but unattested in East Germanic), ultimately from a PIE root *ghre- "to grow", and root-cognate
with grass and to grow.[6] The first recorded use of the word as a color term in Old English dates
to ca. AD 700.
Latin with viridis (and hence the Romance languages, and English vert, verdure etc.)
also has a genuine term for "green". Likewise the Slavic languages with zelenъ.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Ciasto czereśniowe z nutą Amaretto



Zasadniczo nie jestem wielką fanką czereśni. U mnie jest to z nimi tak, że zjadając nawet najbardziej dojrzałą i słodką czereśnię, myślę o dojrzałej wiśni i... czereśnia nie ma startu. Ale zapewne wiele osób się ze mną nie zgodzi.
Tak czy inaczej, czereśnie zostały zerwane i przywiezione do domu i ładnie powyglądały, ale nadszedł czas konsumpcji i okazało się, że ich ilość woła o przetworzenie.

I co teraz? - pomyślałam, ponieważ fanką czereśniowych pzretworów również nie jestem.

Ale wtedy przypomniałam sobie przepis Doroty i stwierdziłam, że do czereśni to takie ciasto mogłoby pasować. Postanowiłam jednak wprowadzić swoje modyfikacje ilościowe oraz zapożyczyć migdałowy aromat z zestawu migdał-wiśnia (jednego z najlepszych zestawień smaków jaki znam).

I w ten sposób powstało miękkie, lekkie ciasto czereśniowe z aromatem Amaretto.


Niezbędne ingrediencje:

50g mielonych migdałów

½ opakowania budyniu śmietankowego

ok. 130 – 140g mąki pszennej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

3 duże jaja

150g masła

120g cukru

½ opakowania cukru waniliowego

kilka kropli aromatu migdałowego

odpestkowane czereśnie – ilość wg uznania

150ml  Amaretto

płatki migdałowe


Jak to zrobić?

Odpestkowane czereśnie zalać Amaretto (opcjonalnie można dodać nieco cukru pudru), odstawić.

W miarce zmieszać zmielone migdały, budyń i proszek do pieczenia, a następnie dopełnić mąką tak, by uzyskać 200g. Składniki wymieszać. W misce – za pomocą miksera - utrzeć masło do białości, dodając stopniowo cukier i cukier waniliowy.  Do masy pojedynczo dodawać jajka i na koniec kilka kropli aromatu migdałowego. Szpatułką dokładnie wymieszać składniki mokre z suchymi. Ciasto przelać do okrągłej, wyłożonej papierem do pieczenia formy. Na wierzch wyłożyć owoce, posypać płatkami migdałowymi.

Piec w temperarturze 175°C do ‘suchego patyczka’. Mi to zajęło blisko godzinę (ale zapewne czas pieczenia zależy od ilości owoców).