wtorek, 21 maja 2013

Władca maja


Rhubarb and patience can work wonders
{German proverb}


Kto rządzi majem?
Bez wątpienia Pan Rzewień.

A powyższy cytat jest niezwykle trafny, jeśli chodzi o wspaniałe, ale wymagające cierpliwości wypieki drożdżowe. 

Zaczyn
... czekanie

Zagniecione ciasto
... czekanie

Ciasto wyłożone do formy
... czekanie

Już w piekarniku
... czekanie.



A potem to już rach-ciach i...
... zostały okruchy.





Delikatne ciasto drożdżowe

+

duszony w cukrze kwaskowaty rabarbar

+

waniliowa kruszonka

+

mleczny lukier

=



Kwestia przepisu jest Kwestią Smaku. :)
Słodki lukier dodałam od siebie.

Vivat Rabarbar!



wtorek, 14 maja 2013

Upiekłam sobie, bo się lubię.




"What she needed was a walk.
And if that didn't work, then there was always cheesecake in the fridge.
There was nothing in the world that couldn't be cured by cheesecake."
{Alexandra Ivy}



Odsłona 1.,  20-25 lat temu
Jako dziecko nie lubiłam sernika. Zwłaszcza z rodzynkami. Wydłubywanie ich z ciasta było bardzo mozolnym zajęciem. Jednak jako 'raczej-nie-narzekające' dziecko zjadałam 'przydział' ze swojego talerzyka. Rodzynki zostawały, ma się rozumieć.

Odsłona 2., 5-10 lat temu
Jako dorosła już osoba przez długi czas uważałam, że przygotowanie i upieczenie sernika to jakieś karkołomne przedsięwzięcie. W związku z tym, przez lata nawet nie podchodziłam do tematu. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to wcale nie takie straszne.
Zwłaszcza, gdy używamy gotowego, już zmielonego sera i ciasteczek jako bazy na spód.

Odsłona 3., 4-5 dni temu
Ochota na sernik przyszła znienacka i po dwóch dniach okazała się nie do stłumienia. Mimo deficytów czasowych, ponieważ jednak lubię siebie, postanowiłam uczynić zadość ochocie i upiec sobie sernik. Ale, ale... musiał to być sernik o odpowiednich właściwościach.
Po pierwsze, musiał być kokosowy. Po drugie wilgotny, ale w miarę lekki. Po trzecie nie za słodki, a nawet z minimalną nutą słoności. A więc koniecznie z domowym, lekko słonym sosem karmelowym. I zbożowo-sezamowymi ciasteczkami na spód.
Aha, oczywiście bez rodzynek!


Zauważam u siebie cykliczne tendencje w podejściu do aktywności kuchennych. Raz mam ochotę z aptekarską precyzją wypróbowywać przepisy, podejmować kulinarne wyzwania, stawiać sobie różne poprzeczki do przeskoczenia, zachwycać się procesami, jakie zachodzą w trakcie podgrzewania czy mieszania różnych substancji.

Kiedy indziej - i tak jest teraz - interesuje mnie tylko efekt końcowy w postaci smaku, a przepisy i wytyczne co do ilości i objętości mnie irytują. Wrzucam składniki 'na oko', szczyptami, garściami. Improwizuję. 

Wtedy też trudniej o dzielenie się przepisami, bo garść garści, a haust haustowi nierówny.
W przypadku sernika, w zależności od stopnia konsystencji i delikatności samego sera różny też może być czas pieczenia. Trzeba więc z zainteresowaniem podglądać, co się dzieje w piekarniku i odpowiednio reagować. :)

A potem to, bez zbędnego dbania o prezentację, już tylko siąść sobie wygodnie i delektować się sernikiem upieczonym tylko dla siebie (no dobra, Mąż też skorzystał...). I to przez dwa dni...
Bo tuż po (prawie całkowitym, bo kto by doczekał końca, gdy ochota bombarduje mózg!) wystudzeniu, sernik jest cały jak puch rozpływający się w ustach.
Na drugi dzień zaś, nabiera pełni swojego sernikowego charakteru - z konkretniej zaznaczającym się kruchym spodem i zwartą masą serową.

Wtedy ochota zamienia się w przyjemne poczucie kulinarnego zadowolenia.
Kto powiedział, że można czerpać radość tylko z karmienia innych?





Spód:
200g ciastek zbożowych (lekko słonych)
200g stopionego masła
garść albo dwie wiórków kokosowych

Wiórki z ciastkami rozdrabniamy w blenderze na piasek. Łączymy z masłem. Wylepiamy masą spód tortownicy (uprzednio wyłożonej papierem do pieczenia). Podpiekamy spód 15 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni.

Masa serowa:
1 duże wiaderko sera sernikowego
4 małe (3 duże) jaja
2-3 duże garści wiórków kokosowych (muszą być wyczuwalne w strukturze masy serowej)
mały haust esencji waniliowej
duży haust Malibu
50g cukru

Żółtka z cukrem ucieramy na kogel-mogel. Dodajemy esencję waniliową, Malibu, ser i wiórki kokosowe. Dokładnie łączymy składniki. Z białek ubijamy ze szczyptą soli dość sztywną, ale elastyczną pianę. Dodajemy do masy serowej w 3 partiach, delikatnie mieszając szpatułką. Masę wylewamy na podpieczony spód. Całość pieczemy 45-60 minut (w zależności o średnicy i wysokości formy, im wyższa - tym dłużej), do całkowitego ścięcia sera i lekko suchego wierzchu.
* Do piekarnika wraz z sernikiem wstawiamy żaroodporną miseczkę z wodą.

Po wyłączeniu piekarnika zostawiamy sernik do całkowitego ostudzenia, lub przynajmniej tyle, ile możemy wytrzymać nie próbując go... :)

Sos karmelowy - co i jak TUTAJ.

Enjoy!

piątek, 10 maja 2013

Piątek, 20:38


Gdy pa­da wiosen­ny deszcz, niebo i ziemia łączą się w miłos­nym akcie.  
{Mian Mian}


Mokra ziemia pachnie kojąco i świeżo. 

Bzy rozsiewają słodką woń. 

Magnolie cicho i spokojnie gubią płatki.



Natura daje odpoczynek po całym tygodniu.
Tylko trzeba się zatrzymać.
I się zachwycić.

Spokojnego weekendu!



niedziela, 28 kwietnia 2013

Poleciało, a owies się lubi z kokosem



I suppose I could have stayed home and baked cookies 
and had teas
{Hillary Clinton}




I tak jakoś po cichu i niepozornie minął rok i trochę, odkąd w Różnych Rzeczach pojawił się pierwszy wpis.
Co do tej pory dał mi ten rok na blogu?
Dużo radości, lepszy sprzęt fotograficzny, kilka wyzwań i propozycji, sporo gimnastyki przy fotografowaniu, pełno inspiracji i miłych gestów ze strony innych Bloggerów i Bloggerek. Podsumowując: same pozytywy!!!

Na takie pierwsze podsumowanie szykuję wpis, do którego zaprosiła mnie Alutka - 'kilka zdjęć o mnie'. Mam nadzieję, że czas pozwoli podzielić się nim wkrótce. :)

Tymczasem ostatnio - również dzięki blogom - odkrywam na nowo urok płatków owsianych. Owsianka z żurawiną to aktualnie najlepsze dla mnie śniadanie. Albo lunch.

I na ciasteczka owsiane od dawna miałam ochotę, ale nie czas, by je upiec.
W końcu jednak kolejne blaszki powędrowały do piekarnika późną nocą. Niestety (?) są to bardzo niebezpieczne ciasteczka. Pierwsze zjedzone jeszcze na ciepło skutkuje chęcią zjedzenia kolejnego, a nawet dwóch, a najlepiej tak pięciu...
Przepis podkradziony od krakowianki z bloga Krew i Mleko, leciutko tylko zmodyfikowany.

Ciasteczka owsiano-kokosowe z prażonymi migdałami

kostka masła pokrojonego w kawałeczki
3/4 szklanki drobnego cukru trzcinowego Dry Demerara
1 jajko
1 łyżka esencji waniliowej
1 szklanka mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli
2 szklanki płatków owsianych
szklanka wiórków kokosowych
2 garści migdałów

Migdały siekamy na kawałki, prażymy na patelni. Pod koniec prażenia posypujemy łyżką białego cukru, by lekko się skarmelizowały. Mieszamy i studzimy.
W jednej misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sól, płatki i wiórki. W drugiej misce przy pomocy miksera ubijamy masło do białości, a następnie dodajemy cukier - w kilku partiach i dalej miksujemy do uzyskania puszystej masy.
Dodajemy jajko, ekstrakt waniliowy i następnie wymieszane suche składniki oraz migdały. Mieszamy, aż uzyskamy jednolitą, lepką masę.

Z ciasta formujemy kulki, które spłaszczamy i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (zostawiamy spore odstępy, gdyż ciasteczka rosną).
Pieczemy 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.


PS. Białe inspiracje na zdjęciach są również ściśle powiązane z blogowaniem: 
1. wazony zostały własnoręcznie przemalowane z niewyjściowych kolorów farbą w sprayu;
2. kubek jest nagrodą w konkursie fotograficznym magazynu Weranda.





niedziela, 14 kwietnia 2013

Jeśli nie możesz się wybrać nad morze, zaproś morze do domu...


We must free ourselves of the hope that the sea will ever rest. We must learn to sail in high winds.
{Aristotle Onassis}




Dzisiejszy post to przede wszystkim historia o Dzielnej Kobiecie.

Jest ona młodą żoną i mamą, która na swojej drodze zawodowej w momencie dużych nadziei i radości, spotkała się z rozczarowaniem. Nazywało się ono wypowiedzenie... z powodu ciąży.
Jako socjologa takie historie drażnią mnie podwójnie.
Pamiętam pewną rozmowę kwalifikacyjną, jakieś siedem lat temu, na której nagle padło pytanie o dzieci posiadane i planowane. Powiedziałam, że takie pytanie nie miało prawa paść. Ale takie pytania niestety padają często. A wcale nie rzadziej szczęśliwe przyszłe i młode mamy z entuzjazmem wracają do swego miejsca pracy po to, by zastać inną osobę i inny kubek na swoim biurku.

Pewna Dzielna Kobieta nie poddała się jednak. Urządzając swej rodzinie ich nowe miejsce na ziemi, dostrzegła potrzebę bliską wielu jej podobnym kobietom - potrzebę oswojenia przestrzeni pięknymi dodatkami, które nie zrujnowałyby portfela, i tak już często nadwyrężonego samym zakupem lokum, lub po prostu codziennymi wydatkami.

Pomyślała o pięknie połączonym z funkcjonalnością. O przedmiotach które "można wykorzystywać na tysiące sposobów tak, że słój może być doniczką, wazonem, lampionem...".

I tak z dużej ilości pozytywnej energii i miłości do ładnych rzeczy powstał sklepik internetowy.
Koniecznie TU zajrzyjcie, by przekonać się, dokąd prowadzą doświadczenia Dzielnej Kobiety i jak możemy skorzystać z jej poszukiwań niebanalnych przedmiotów.

Mnie w tym sklepiku zafascynowały lampiony. Jeden z nich pokazuję Wam poniżej. 
W takim morskim, kuszącym lato klimacie.
Bo nawet, jak się mieszka 100 kilometrów od morza, to czasem jest do niego za daleko. Ale zawsze można zaprosić je do domu. :)

A gdyby ktoś zgłodniał, to polecam słodkawą, sycącą morską zupę z mlekiem kokosowym.

Morska zupa (4-5 porcji):

450g fileta z białej ryby (użyłam mintaja)
250g dużych krewetek (gotowanych)
500ml bulionu rybnego (lub z kurczaka)
puszka mleka kokosowego
1 cebula
2 ząbki czosnku
5 średnich ziemniaków, umytych, nieobranych
150g zielonego groszku
1 papryczka chilli
1 łyżeczka sproszkowanego imbiru
2 liście laurowe
3 liście limonki kafir
2 ziarenka ziela angielskiego
skórka otarta z połowy cytryny
3 łyżki sosu rybnego

W garnku z grubym dnem na małym ogniu rozpuszczamy łyżkę masła z łyżką oliwy. Wrzucamy pokrojoną cebulę, czosnek, liście limonki i laurowe, ziele angielskie, imbir, pokrojoną papryczkę chilli oraz pokrojone w kostkę ziemniaki. Dusimy około 5 minut. Dodajemy bulion i sos rybny. Gotujemy do czasu, aż ziemniaki będą prawie miękkie. Dodajemy mleko kokosowe, skórkę cytryny, pokrojoną w kawałki rybę oraz groszek. Gotujemy kolejne 10 minut. Na koniec dodajemy krewetki i podgrzewamy krótką chwilę, aż będą ciepłe.




środa, 3 kwietnia 2013

Zabaśniony kogel-mogel



 
Dottor Randazzo, non le ho nemmeno offerto niente
Prende qualcosa?
Vuole…vuole uno zabaione? 
{Dante 'Johnny Stecchino'}




Któż nie pamięta z dzieciństwa kręcenia kogla-mogla? 
Taka słodkość, gdy w domu nie było żadnych słodyczy, a jajka i cukier tak.

Tymczasem - po małej modyfikacji wykonawczej i alkoholowej - to znany, klasyczny, włoski deser, popularny również w Argentynie i Urugwaju. A w zasadzie, w różnych odmianach, prawie na całym świecie (zabaglione, sabayon, sambayón, eggnogg, rompope, advocaat, coquito, eierpunsch, amazake...)
Kilka minut więcej i nieco alkoholu zmienia dziecięcy przysmak w wytrawny deser dla dorosłych. Zapewne nie wszyscy się skuszą na taką słodkość z powodu - bardziej lub mniej uzasadnionych - obaw przed kulinarnym wykorzystaniem surowych jaj. Szanuję takie ograniczenia, ale akurat mnie one nie dotyczą.

Za dużo kogla-mogla w moim życiu było...

Więc jeśli akurat zostały mi żółtka wykorzystania, postanowiłam powierzyć im główną rolę w osładzaniu środowego popołudnia.


Jeśli masz...

4 żółtka
6 łyżeczek cukru
50ml Malibu (lub w wersji klasycznej Marsali, lub - dla pragnących sięgnąć korzeni - Moscato d'Asti)
łyżeczkę ekstraktu waniliowego (nie wanilinowego!!!)

... to przyrządzisz z tego 3 porcje deseru.

Wszystkie składniki umieścić w misce (odpornej na gorąco) ustawionej na garnku z białym wrzątkiem (sic! - wolę angielskie 'simmering'). Miska nie może dotykać powierzchni wody. Ubijać ręcznym robotem, aż mieszanina potroi objętość - będzie jasna, gęsta i piankowa.
Podawać od razu - ciepłe, lub na zimno - odczekując przynajmniej 15 minut, na przykład z kwaskowatymi owocami leśnymi...
I w takim zabajonym nastroju, wystarczy jeszcze włożyć szpilki i szminkę w wiosennym kolorze i można podbijać


PS. Jak byłam mała, a pojawiły się u nas lody o smaku 'zabaione', to byłam przekonana, że oznacza to, iż one są takie właśnie... zabajone, zabaśniowane, zaczarowane... ;)

W sumie w smaku trochę są.








niedziela, 24 marca 2013

Z kuchni do łazienki cynamon przynieś mi...



Peeling back another layer revealing the inner beauty of the divine that is in me.Every crack is a lesson 2 B learned
{Ashlyn Harris}





W niekończącym się oczekiwaniu na wiosnę warto pomyśleć o tym, że gdy w końcu żar buchnie z nieba, będzie trzeba ekspresowo przerzucić się na spódniczki, sukienki i krótkie rękawki.

A nawet jeśli nie, to nie warto odmawiać sobie przyjemności i efektu, jaki daje przygotowanie i użycie pewnej spektakularnej mieszanki kuchenno-łazienkowej.

Jeśli więc macie dostęp do ekspresów do kawy - w domu, w biurze, czy gdziekolwiek indziej - gwarantuję, że wkrótce będziecie zbierać fusy zaparzonej kawy, zamiast wyrzucać je do kosza.

Przepis na ten domowy peeling podała jakiś czas temu Madzia z Make Believe. Przypuszczałam, że może to być coś fajnego, ale prawda okazała się taka, że jest to NAJLEPSZY tego typu kosmetyk, jakiego kiedykolwiek używałam.

Pod względem dobra, jakie czyni dla skóry.
Pod względem zapachu, który relaksuje, jak mało co.
Pod względem prostoty wykonania,
I efektu totalnie niewspółmiernego do kosztów (minimalnych oczywiście).




Aromatyczny peeling kawowy:

Szklanka kawowych 'fusów'
2 łyżeczki mielonego cynamonu
1,5 łyżeczki mielonego imbiru
pół łyżeczki soli
100 ml oliwy z oliwek


Zatem mieszajmy Drogie Panie i urządźmy sobie w domu wczesnowiosenne SPA.
Bo przecież Bloggerki nie tylko wspaniale gotują i pieką oraz tworzą piękne wnętrza, ale również dbają o siebie. :)
A może zapakować porcję kosmetyku w ładny słoiczek i podarować przyjaciółce?




sobota, 16 marca 2013

Jaka to sukienka? Różana czy różowa?



A woman's dress should be like a barbed-wire fence: serving its purpose without obstructing the view.
{Sophia Loren}



Post zainspirowany akcją sukienkową Alutki. Spodobała mi się, bo bardzo lubię sukienki. Zajmują sporo miejsca w mojej szafie, a nawet w dwóch. Są też dla mnie synonimem kobiecości, więc pomyślałam, że fajnie będzie na blogu porozmawiać z Wami o czymś bliskim naszym sercom, choć niejadalnym i nie wnętrzarskim.

Niestety zaczynam wątpić w przywitanie wiosny w sukience. Chyba że z wełnianymi rajstopami i pod puchową kurtką.

Ale dziś był piękny dzień i chociaż śnieg wciąż leży, udało mi się pstryknąć kilka kadrów. Z sukienkami ma się rozumieć.

Niełatwo było mi wybrać 'modelki'

W sesji wzięła również prawdziwie 'vintage'owa' (25+) skórzana torebka 'lekarska' odziedziczona po Mamie oraz serduszko, które dostałam od Emanuelle.

A Wy - również lubicie sukienki?
A jeśli tak, to jakie?
I na co dzień, czy na szczególne okazje?





sobota, 9 marca 2013

Jeśli masz w szafce słoik Nutelli...


Nutella. I dig my spoon in and eat it straight out of the jar. I can easily go through one a week.

{Malin Akerman}




Czy Nutella jest dla dorosłych czy dla dzieci?
Według reklam - dla dzieci. W praktyce? No właśnie... :)

Gdy tylko natknęłam się na ów pomysł na blogu Diany, wiedziałam, że prędzej czy później muszę wypróbować ten... przepis (?) na ... deser? ...ciasto? ...piankę?

Wszystko tak proste, że aż niewiarygodne.
Z połączenia dwóch składników otrzymujemy nietypowy, absolutnie delikatny deser z pogranicza wilgotnego ciasta i super lekkiej pianki.
Niech każdy nazwie go jak chce. Albo niech nie nazywa, tylko spróbuje.



1. Jajka ubijać na najwyższych obrotach miksera przez około 6 minut, aż potroją swoją początkową objętość.

2. Nutellę podgrzać chwilę w kąpieli wodnej (lub kuchence mikrofalowej), by była miękka, lekko płynna.

3. Stopniowo, w trzech partiach dodawać do Nutelli pianę jajeczną, za każdym razem dokładnie łącząc składniki szpatułką. Ważne, by mieszać masę delikatnie, w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara.

4. Masę przelać do natłuszczonej i wyłożonej pergaminem formy. Piec około 25 minut w temperaturze 180 stopni. Wystudzić przed wyjęciem z formy.







wtorek, 5 marca 2013

Do tablicy proszę...!



An English professor wrote the words, "Woman without her man is nothing" on the blackboard and directed his students to punctuate it correctly. 
The men wrote: "Woman, without her man, is nothing." 
The women wrote: "Woman: Without her, man is nothing."




Dziś krótko.

Jest taki czas, gdy tablica przestaje się kojarzyć tylko ze szkołą i cierpieniami związanymi z obliczaniem granicy ciągu i staje się przyjemnym elementem dekoracyjnym. Powierzchnią do zapisania mobilizującej sentencji, miłosnego wyznania czy specjalnego menu...



Składniki na własną, udomowioną i dobrze się kojarzącą tablicę:

dwa popołudnia
stara rama
kawałek płyty pilśniowej lub dykty dociętej do rozmiaru ramy
srebrny lakier (użyłam szybkoschnącego, który bardzo lubię - KLIK)


Dzielę się zatem pierwszą kredową sentencją, która mi przyszła do głowy i która chyba w końcu się urzeczywistni. Ku radości mojej i wielu innych Bloggerek...

Miłego dnia.